opowieści

O szarańczyOpowieści i wspomnienia P. Huberta Owczarka | O księdzu Janie Broniszu | O Kornelu Czochralskim | O wyzwalaniu Rozdrażewa | O pomocniku organisty

O szarańczy

Szarańcza w Rozdrażewie

Szarańcza w Rozdrażewie w księdze metrykalnej

 

P. Andrzej Maniak, przeszukując księgi metrykalne, znalazł ciekawą i zaskakująca informację na temat plagi szarańczy w Rozdrażewie w 1748 roku. Wpisany tekst brzmi tak:

 

„24 sierpnia 1748 w święto Bartłomieja szarańcza wielka od 200lat w …..Polsce nie była widziana.

Przed wieczorem upadła na pola Rozdrażewskie i Lasy. Gałęzie z nimi się gięły.Wozy jeczmiane w nic stratowały.

Drugiego dnia koło 8 rano ruszyła i do godziny pierwszej żyta zniszczyła. Leciała tak gęsta, że w dzień jasny słońca nie było widać. Z dużym…….i z niewymownym fetorem.

 

W Koźminie opadła na dwa dni a trzeciego ruszyła ……..chociaż gęsi się upasły.”

Opowieści i wspomnienia P. Huberta Owczarka

 

Nasza historia jest od początku o tyle szczególna, że w dwóch pokoleniach, mojego Ojca i moim, dzieje się na przestrzeni trzech wieków. Niesamowite, ale jednak prawda. Mój ojciec urodził się jeszcze w XIX wieku, w jego ostatnim roku czyli w roku 1900. Ja przyszedłem na świat niewiele przed połową wieku XX, w roku 1941 i jeszcze żyć będę pewną ilość lat w wieku XXI. Ojciec z powodu urodzenia się w roku 1900 zdążył jeszcze zostać żołnierzem pierwszej wojny światowej, jako pruski żołnierz. Kiedy w czerwcu 1918 roku osiągnął pełnoletniość, został wcielony do 100. rezerwowego pułku Landwehry w Poznaniu jako rekrut. Po przysiędze, już jako szeregowiec 1. Garde Regiment des Kaisers Wilhelm II., trafił na front zachodni. Na tej wojnie był także jego brat, który wrócił do domu jako inwalida. Ojcu tam udało się lepiej, miał więcej szczęścia, ale nic nie jest za darmo, więc po powrocie, już jako powstaniec wielkopolski, trafił najpierw do Straży Obywatelskiej, potem z kolejnego, swojego drugiego poboru, do Armii Wielkopolskiej. W 1920 roku z koszar w Biedrusku, już jako podoficer, szef kompanii, poszedł na front bolszewicki. W ten sposób przed skończeniem 21. roku życia był już weteranem dwóch bardzo wielkich i ważnych wojen oraz powstania wielkopolskiego, a czekała Go jeszcze II. wojna światowa. Zmarł w grudniu roku 1983, zaraz po Świętach Bożego Narodzenia. Nieraz myślę o tym, że brakuje mi naszego pożegnania. Żyliśmy daleko od siebie, kochaliśmy się jako ojciec i syn, Ojciec był dumny ze mnie, bo osiągnąłem wiele więcej niż On zdołał, mnie jednak zdaje się, że byliśmy za daleko od siebie. Krótko po maturze, w roku 1960 poszedłem do wojska i już nie wróciłem do domu, pozostając w Wielkopolsce. Od tamtego czasu starałem się przyjeżdżać na Śląsk jeden-dwa razy w roku, aby choć kilka dni pobyć w krainie młodych lat, zobaczyć się z Rodzicami, rodzeństwem i kolegami szkolnymi. Wtedy też uzupełniałem swoją wiedzę o naszej Rodzinie, a nieco później – zapisywałem, co ważniejsze dla mnie, poznane fragmenty historii naszej Rodziny.

 

O swoich krewnych i przodkach Ojciec opowiadał niewiele. Wiem, że mój dziadek Kasper zmarł w 1912 roku, na zapalenie płuc, bo przeziębił się w drodze z Bieganina, gdzie mieszkał, do kościoła w Raszkowie. Kościół, do którego poszedł był zamknięty, bo proboszcz był chory, więc poszedł do następnej parafii. Został przemoczony przez deszcz, przemarznął i w wieku 51 lat zmarł na zapalenie płuc (był rocznikiem 1861). O babce Józefie, z domu Staśkiewicz wiem, że zmarła w roku 1920, doczekawszy powrotu obu synów z pierwszej wojny. Wiem też, że w domu dziadka żyła na dożywociu babka Ojca, Karlińska, z którą wiąże się następująca historia, opowiadana przez Ojca: „Jednego roku dziadek Kasper zorientował się, że jej krowa jest chora. Chciał więc ją czym prędzej sprzedać na rzeź, zanim padnie. Babka jednak uparła się, że nie i w kilka dni później stało się to, co dziadek przewidywał. Potem dziadek musiał kupić następną krowę, bo babka miała ją „w zachówku.” Na wielkopolskiej wsi, w pruskich czasach, prawo dożywocia było przestrzegane.

 

O mojej babce Józefie z domu Staśkiewicz, Ojciec opowiadał również, że kolonia Rozdrażewko (Rozdrażewek), skąd pochodziła, zamieszkana była przez wychodźców z Litwy, którzy byli drobną szlachtą i do Wielkopolski przyszli spod Lidy, obecnie należącej do Białorusi. Nie potrafił jednak wskazać czasu, w którym ci Staśkiewiczowie do Rozdrażewka przyszli. W domu rodzinnym mojej babki, na strychu był pełny ułański rząd, w gospodarstwie był koń do jazdy wierzchem i wszyscy chłopcy musieli ćwiczyć się w jeździe konnej i robieniu szablą. Ojciec mówił mi, że ten rząd i ćwiczenia swoich kuzynów widział, kiedy chodził w odwiedziny do rodziny swojej Matki. To była długa droga, wiodła przez lasy należące do niemieckiej rodziny Thurn und Taxis, z których do dzisiaj zachowało się już niewiele. Jak sprawdziłem w księgach parafii Rozdrażew, rodzina Staśkiewiczów siedziała w Rozdrażewku już w wieku XVIII, przed rozbiorami Polski. Do końca nie udało mi się wyjaśnić, kiedy ci Staśkiewicze z Litwy, a właściwie z Białorusi, spod Lidy do Wielkopolski trafili. Jestem jednak pod dużym wrażeniem siły tradycyjnego ustnego przekazu. Będąc nauczycielem w jednej ze szkół średnich w Poznaniu, miałem jeden raz ucznia o nazwisku Staśkiewicz i tylko ten jeden raz się z tym nazwiskiem zetknąłem. Jakoś nie było okazji, aby go o pochodzenie zapytać, teraz trochę żałuję.

 

Powoli uzupełniałem swoją wiedzę o Staśkiewiczach. Jak wynika z jednej z wielu rozmów z naszymi historykami na ten temat, to osadnictwo też może mieć przyczynę w wyludnieniu Wielkopolski po wojnach północnych i po nich następujących „zarazach”. Tak więc jest możliwe, że tak, jak pod Poznań przyszli Bambrzy z Frankonii, do obecnej gminy Rozdrażew przyszli Białorusini, czy jak się wtedy mówiło Litwini spod Lidy. W wieku XVIII chyba przyszła do Wielkopolski ze Wschodu także rodzina Hulewiczów, którzy potem wyróżnili się w Powstaniu Wielkopolskim. Podobnie trafić tu mogli Staśkiewiczowie. Ci pierwsi pozostali rodziną ziemiańską, ci drudzy zachowali tylko pamięć swego zaściankowego szlachectwa.

 

Inaczej mówiąc nie jest sprawą wieku XIX i XX „Drang nach Osten” i „Ostflucht”. Nie dotyczą też te sprawy tylko Niemców i Polaków. Szli Niemcy i Polacy na Wschód, z Wielkopolski poszedł choćby Mikołaj Skrzetuski, pierwowzór sienkiewiczowskiego Jana Skrzetuskiego na Ukrainę, czy też bracia Śniadeccy na Litwę. Do Wielkopolski, oprócz tych z Zachodu, przychodzili także przybysze ze Wschodu, choćby ci wymieniani, czy jeszcze więksi od nich, na przykład Czartoryscy czy Tyszkiewiczowie. Zostało tylko znaleźć czas na kwerendę po archiwach i można by dorzucić kolejny okruch wiedzy o Wielkopolsce do naszej skarbnicy wiedzy. Jest to o tyle ciekawe, że mamy tu bezpośredni styk historii i dziejów zwykłej chłopskiej rodziny. Ale kto podejmie ten trud? Może któryś z moich synów?

 

Hubert Owczarek

 

ohubertus@poczta.onet.pl

O księdzu Janie Broniszu

Epitafium ks. Jana Bronisza na rozdrażewskim kościele

Epitafium ks. Jana Bronisza na rozdrażewskim kościele

 

Lata 1897 1899 to okres rozbudowy naszego kościoła parafialnego. W 1900 roku proboszczem w Rozdrażewie mianowano ks. Jana Bronisza. Jego imię nosi ulica położona na nowym osiedlu, miedzy ulicami Polną i Parkową.

 

Ksiądz Jan Bronisz po objęciu parafii (wiem to ze wspomnień starszych ludzi) włożył wiele trudu w wyposażenie rozbudowanej świątyni. Wspólnie ze swoim wikariuszem ks. Edmundem Stempniewiczem w 1910 r. założyli Koło Śpiewacze Halka , które pełniło również funkcję chóru kościelnego. Ksiądz Bronisz był prezesem tego chóru do 1939 r. w 1919 r. razem z ówczesnym wikariuszem ks. Tadeuszem Zielińskim oraz wieloma świeckimi działaczami Towarzystwa Gimnastycznego Sokół , położył duże zasługi w organizowaniu słynnej Kompanii Rozdrażewskiej w czasie Powstania Wielkopolskiego.

Duszpasterzem parafii był przez 39 lat. W lecie 1939 r. zachorował i spędził ponad dwa miesiące w szpitalu i sanatorium skąd wrócił pod koniec sierpnia. 1 września, pod wpływem ogólnej paniki oraz sugestii dwóch polskich oficerów, którzy go odwiedzili, powózką dostarczoną przez pana Czubaka z ulicy Kościuszki odjechał w kierunku Warszawy. Razem znim pojechała jego stryjenka i jej syn. Dotarli podobno w okolice Kutna. Tam ponownie zaatakowało go choroba nerek. Chorego księdza zabrała wojskowa karetka sanitarna jadąca w kierunku Warszawy. Odtąd jego ślad zaginął. Jako ciekawostkę dodam, że miałem okazję podczas usuwania przez Niemców ksiąg i innych dokumentów z probostwa, obejrzeć rulon z bristolu z drzewem genealogicznym ks. Bronisza. Wynikało z tego dokumentu, że były proboszcz rozdrażewski pochodził z jednego z najstarszych rodów szlacheckich Wieniawów, którego początki sięgały XIII wieku. Pełne nazwisko księdza powinno brzmieć: Jan Wieniawa Bronisz.

 

 

Opowiadanie P. Zygmunta Herczyńskiego

  1. Stachowiak (oprac.) [w:] Impuls. Pismo Akcji Katolickiej Parafii Rozdrażew, 1997r.

O Kornelu Czochralskim

 

Patronem ulicy wiodącej od Rynku do ul. Przemysłowej jest Kornel Czochralski, długoletni nauczyciel Szkoły Powszechnej (tak się wówczas nazywała) w Trzemesznie. Pamiętam go jako etatowego mówcę na uroczystościach patriotycznych z okazji 3 Maja oraz 11 Listopada. Zgromadzenia te odbywały się po sumie, czyli po głównej Mszy św.

Pamiętam szczególnie ostatni rok przed wybuchem wojny, gdy podczas uroczystości 3 Maja pan Kornel ostro krytykował wodza Niemiec Adolfa Hitlera za przygotowania do wojny z Polską. Ironia losu polegała na tym, że w okolicy mieszkało dość dużo Niemców. Należeli oni do polskich organizacji, a nawet pełnili w nich kierownicze funkcje. Z tego tytułu brali udział w polskich uroczystościach, wysłuchując przy okazji wrogich słów pod adresem ich Wodza.

Toteż po wkroczeniu wojsk niemieckich, chyba już na początku października 1939 r. przyjechali do Trzemeszna funkcjonariusze Gestapo i zabrali Kornela Czochralskiego. Pamiętam do dziś otwarty samochód z gestapowcami i wiezionego w nim w kajdankach, na stojąco, pana Kornela. W dość krótkim czasie zamęczono go w osławionym Forcie VII w Poznaniu.

 

Opowiadanie Zygmunta Herczyńskiego

  1. Stachowiak (oprac.) [w:]Impuls. Pismo Akcji Katolickiej Parafii Rozdrażew, 1997r.

O wyzwalaniu Rozdrażewa

 

Istniejąca w Rozdrażewie ulica 25 Stycznia nasuwa nam, starszym, wspomnienie z 1945 r. W tym dniu wkroczyły do Rozdrażewa wojska sowieckie. Wydarzenie to poprzedziła ponad 5-letnia okupacja hitlerowska.

Od początku stycznia 1945 r. zaczęło się wyczuwać wśród miejscowej ludności niemieckiej coraz większą nerwowość, zbliżał się bowiem front rosyjski. Wreszcie, 19 stycznia, gruchnęła wiadomość: Niemcy uciekają . Była to sobota. Od rana rozdrażewski rynek zapełniły wozy wypełnione po brzegi dobytkiem uciekających Niemców. Wozy powożone przez służących u Niemców Polaków, kierowano do Leszna. Jak wynikało z relacji Polaków, którzy w większości pozostawiali te wozy gdzieś po drodze i pouciekali, niektórzy Niemcy (głównie starcy i dzieci) pozamarzali w ponad 25 stopniowym mrozie. W tę samą sobotę, późnym wieczorem przejechała przez Rozdrażew kolumna niemieckich samochodów wojskowych. Jeden z samochodów wypełnionych amunicją uległ uszkodzeniu. Niemcy podjęli decyzję o zniszczeniu samochodu wraz z ładunkiem.

Początkowo chcieli to zrobić na rynku, jednak po namyśle wypchnęli samochód na łąkę tuż za most na drodze do Pleszewa. Huk pękającej amunicji przestraszył wszystkich sądziliśmy, że nadszedł front. Tymczasem jeszcze przez cztery dni przejeżdżały przez Rozdrażew od czasu do czasu wozy niemieckie i przechodziły kolumny wojsk. Dopiero w czwartek 25 stycznia pojawiły się pierwsze czołgi sowieckie. Z szosy prowadzącej do Nowej Wsi oddano z czołgów kilka strzałów armatnich. Zburzono dwa domy, jeden położony przy szosie, drugi w polu zabijając przy tym 21 letniego śp. Stanisława Krukowskiego, mieszkańca jednego z tych domów. Następnie dwa pociski spadły na kościół. Ponieważ na te strzały nikt nie odpowiadał, czołgi sowieckie powoli wtoczyły się na rozdrażewski rynek. Poprzedzała je grupa Polaków, którzy z naprędce uszytym biało czerwonym sztandarem wyszli im na spotkanie. Na rynku odśpiewaliśmy hymn :jeszcze Polska nie zginęła . I ten właśnie dzień przypomina nazwa ulicy 25 Stycznia

 

 

Opowiadanie P. Zygmunta Herczyńskiego

  1. Stachowiak (oprac.) [w:]Impuls. Pismo Akcji Katolickiej Parafii Rozdrażew, nr 2, 1997r.

 

 

Do tych wspomnień pana Herczyńskiego dołączyć mogę również zasłyszane od mojej babci śp. Kazimiery Gładczak. Wielokrotnie wspominała jak kilku żołnierzy Armii Czerwonej wtargnęło do jej mieszkania w rynku. Od razu przestrzelili zegar (rzecz w owych czasach cenna). Zażądali też jedzenia. Pogardzili ugotowanym rosołem twierdząc, że potu z kury jeść nie będą i zjedli samo mięso. Mieli też pomysł rozpalenia w mieszkaniu ogniska (zaczęli już znosić słomę). Na szczęście udało się ich od tego odwieść.

O pomocniku organisty

 

Istniejący od początku Impulsu cykl artykułów pod wspólnym tytułem Ocalić od zapomnienia zainspirował mnie do napisania niniejszego tekstu. Uważam, że człowiek, którego chcę wspomnieć, w pełni na to zasłużył. Najpierw jednak trochę wprowadzenia w temat.

Otóż w naszym kościele istnieją duże, 20-głosowe organy, zbudowane około 1870 roku. Wyjaśniam, że 20-głosowe oznacza, że za naciśnięciem jednego klawisza odzywa się równocześnie 20 piszczałek o różnej wysokości i grubości. Dla orientacji podaję, że wysokość piszczałek waha się w granicach od 10 cm do 5,5 m, a ogółem jest w tych organach 1080 piszczałek. Aby wydobyć z nich dźwięk trzeba cynkowymi rurkami wtłoczyć w nie powietrze, które znajduje się w dużym zbiorniku nazywanym miechem.

Przed podłączeniem Rozdrażewa do sieci elektrycznej musiał być w kościele zatrudniony pracownik, który za pomocą dwóch dużych pedałów tłoczył powietrze do miecha organowego. Człowiek ten zwany był kalikantem lub po poznańsku kalkanistą.

Tę niełatwą funkcję z dużym poświęceniem spełniał od 1935 roku aż do chwili założenia dmuchawy elektrycznej, czyli 1958 roku, pan Walenty Konrady.

Organy nieczynne przez okres wojny w 1945 roku były w opłakanym stanie. Proces toczenia drewnianych części przez robactwo był już nie do zatrzymania. Na gruntowny remont nie było funduszy, ponieważ parafianie po powrocie z wojennej tułaczki sami ledwo wiązali koniec z końcem. Przeprowadzono dwa powierzchowne remonty, które jednak nie uratowały instrumentu. Wiadomo również, że w czasach komuny taka naprawa była nie do przeprowadzenia. W tej sytuacji praca kalikanta stawała się z roku na rok cięższa, gdyż dziurawy miech nie mógł nastarczyć powietrza do piszczałek.

Mam w oczach pana Walentego, zlanego potem tak, że koszulę można było wykręcać, kiedy po Gorzkich Żalach (a śpiewało się wówczas trzy części) poklepywał mnie dobrotliwie po plecach, mówiąc: Panie, ale dzisiaj graliśmy!

Prócz tej funkcji był pan Walenty również dzwonnikiem. Do jego obowiązków należało dzwonienie trzy razy dziennie na Anioł Pański oraz dodatkowo każdemu zmarłemu parafianinowi. Dzwony były wtedy również poruszane ręcznie. Nie było łatwo jednemu człowiekowi obsłużyć przy pomocy trzech lin wszystkie trzy dzwony, rozmieszczone dość daleko od siebie. Pan Walenty dawał sobie z tym doskonale radę.

W 1958 roku podłączono do organów dmuchawę elektryczną. Pan Walenty przyjął tę zmianę wręcz niechętnie. Z czasem jednak zaakceptował nową sytuację, ponieważ pracowało mu się coraz ciężej, a jemu lat przybywało (urodził się w 1900 roku w Rozdrażewie).

Ówczesny proboszcz ks. Henryk Mały, doceniając pracę pana Walentego, urządził mu w 1960 roku jubileusz 25-lecia pracy w kościele. Wręczony z tej okazji dyplom wisi w zegarze na wieży. Dodać bowiem należy, że pan Walenty codziennie nakręcał zegar wieżowy.

Z wielkim wzruszeniem uczestniczyliśmy wtedy w skromnym przyjęciu w salce parafialnej.Po zaprzestaniu kalikowania przy organach, pogodzony z losem pan Walenty przeniósł swoje zainteresowania na inną sprawę. Otóż w czasie rannych Mszy św. często brakowało ministrantów do służenia. Żeby jednak móc służyć do Mszy św. należało się wcześniej nauczyć tzw. ministrantury po łacinie. W jej skład wchodziła też dość długa modlitwa, odmawiana do dziś (już po polsku):

Spowiadam się… (starzy ministranci pamiętają pewnie, jak łamali sobie na niej języki).

Pan Walenty w tajemnicy uczył się trudnych łacińskich zdań. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdy kiedyś podszedł do mnie z prośbą, bym przeegzaminował go z tej właśnie

ministrantury i obsługi kapłana w czasie Mszy św. Łacinę w prawdzie kaleczył, ale ileż w nim było zapału, jaka gorliwość! Spędzaliśmy wówczas wiele godzin na próbach. Pamiętam ten wzruszający moment, gdy wreszcie pan Walenty pierwszy raz wystąpił w roli ministranta. Było to dla niego ogromnie szczęście. Odtąd bardzo często usługiwał w czasie Mszy świętych.

Zmarł w roku 1970 cicho, tak jak żył.

 

 

Zygmunt Herczyński, [w:]Impuls. Pismo Akcji Katolickiej Parafii Rozdrażew, nr 7/20, 1997r.